
Szutry? Kocham je! Ale tym razem postawiłem na szosówkę, a to automatycznie dyskwalifikuje każdą inną nawierzchnię. Oryginalny Szlak Wokół Tatr jest co prawda wytyczony, ale niestety fragmentami prowadzi po szutrach i drogach gruntowych. Dlatego, gdy zamarzył mi się rowerowy wypad wokół Tatr, musiałem znaleźć sposób, by objechać je gładko, po asfalcie. Wytyczyłem więc trasę alternatywną, która pozwoliła mi spełnić to marzenie. I wiecie co? Udało się! Samotnie pokonałem 230 km asfaltowej pętli dookoła Tatr, udowadniając, że te majestatyczne góry da się objechać elegancko i z widokami. Cała trasa to ponad 3800 m przewyższeń – więc noga musiała podawać! Plan na trzy dni? Cóż, skończyło się na intensywnych dwóch!
Gotowi na przygodę? Mapa poniżej – można też pobrać ślad GPX
Dzień 1: Od Ludźmierza, przez Velo Dunajec, po Słowackie Podjazdy


Przygotowanie „kozy” i solidne śniadanie w Ludźmierzu
Moją tatrzańską pętlę rozpocząłem w Ludźmierzu, tuż pod Nowym Targiem. Wybór padł na tę mieścinę z powodu darmowego parkingu – prosta sprawa. Pełen zapału ruszyłem na Nowy Targ, a tu… zonk! Planowana ścieżka okazała się być szutrem. Szybka korekta trasy, parę kilometrów nadłożonych, ale za to przejechałem fajnym asfaltem. Misja: „żadnych szutrów” – podtrzymana!

Z Nowego Targu wjechałem na kawałek słynnej trasy Velo Dunajec. Strzał w dziesiątkę! Wzdłuż rzeki, przez Waksmund, Łopusznę, Jałowiec – aż do Jeziora Czorsztyńskiego. Jakość? Po prostu bajka dla szosowca. Ścieżka super utrzymana i co najważniejsze, całkowicie poza ruchem ulicznym. Czysta przyjemność z jazdy w genialnych okolicznościach przyrody!

Wzdłuż Jeziora Czorsztyńskiego czekało mnie kilkanaście kilometrów ekstra ścieżki. Widoki na zamki w Niedzicy i Czorsztynie – klasa! Ale, ale… tu drobna uwaga do projektantów: te 180-stopniowe zakręty o małym promieniu, zwłaszcza na ostrych zjazdach, potrafią dać w kość. To ten moment, kiedy hamulce i koncentracja są na wagę złota. No i okolice jeziora Czorsztyńskiego to taki „przedsmak” gór. Było tu parę konkretnych podjazdów i zjazdów. Jeden miał nawet ponad 15 stopni! Krótki, ale męczący – idealna zapowiedź tego, co miało mnie czekać na Słowacji. Po przejechaniu tego odcinka, odbiłem na Niedzicę, a potem na Kacwin.

Potem zaczęła się prawdziwa magia! Małe, lokalne asfaltowe dróżki, z minimalnym ruchem, otworzyły przede mną epicką panoramę Tatr. Patrzyłem na nie i na moment ogarnęło mnie małe przerażenie: „Ja mam to objechać?!”. Tak pochłonięty widokami i radością z jazdy, nawet nie zauważyłem, kiedy minąłem granicę polsko-słowacką.

Prawdziwy znak, że jestem na Słowacji? Osturnia. I zaraz za nią – pierwszy, solidny górski podjazd. Kilka kilometrów non stop pod górę to niezły wycisk. Liczyłem, że będzie ciężko, ale ten podjazd i tak mnie zaskoczył. Po wjeździe na szczyt plan był prosty: zjazd i dalej w kierunku Zdiaru.
Elektrolitowa Awaria, Luźny Zjazd i Nieplanowany Nocleg
Ale tu wpadka: skończyły mi się elektrolity! Szybka decyzja: podjechałem do Jaworzyny Tatrzańskiej, żeby uzupełnić płyny. Okazało się to błędem, bo znów czekał mnie stromy podjazd w drugą stronę. No cóż, bywa!
Dalsze ponad 15 kilometrów trasy było już bardzo przyjemne – to w zasadzie nieustanny zjazd z góry. Niestety, była to również jazda po drodze publicznej o dość dużym natężeniu ruchu. Trzeba było zachować szczególną ostrożność, ale za to kilometry nabijały się szybko.

Pierwszego dnia planowałem nocleg pod Szczyrbskim Jeziorem, ale zmęczenie i brak rezerwacji zmieniły plany. Skierowałem się do Tatrzańskiej Łomnicy. I co? Udało się! Hostel, pokój czteroosobowy za 137 zł. Na długi weekend, bez rezerwacji – to był prawdziwy, mały sukces! Elastyczność na trasie to jedno, ale mieć gdzie spać, to też ważna sprawa.

Dzień 2: Poranny Chłód, Epicki Zjazd do Liptowskiej Mary i Ostatnie Wyzwania
Wiedząc, że drugi dzień rozpocznie się od mozolnego podjazdu do Szczyrbskiego Jeziora (Štrbské Pleso), na trasę wyruszyłem wyjątkowo wcześnie – już około 6:00. Poranek zaskoczył mnie niską temperaturą, która nie przekraczała 6 stopni Celsjusza. Na szczęście, nieustanna wspinaczka z Tatrzańskiej Łomnicy skutecznie podnosiła temperaturę, choć okupiona była solidnym zmęczeniem.


Nie wjeżdżałem już do Szczyrbskiego Jeziora, ruszyłem prosto w stronę Jeziora Liptowskiego (Liptovská Mara). I tu zaczęła się prawdziwa rowerowa nagroda! Przez około 50-60 km to był raj dla szosowca – niekończący się zjazd aż do Jeziora Liptowskiego. Na tym odcinku szosówka spokojnie leci 60-70 km/h, więc sprawne hamulce to podstawa! A że sporo jedzie się przez las, mocne tylne światło to must-have, żeby kierowcy mnie widzieli. Co więcej, w czasie tego długiego zjazdu musiałem zrobić dwie przerwy na rozgrzanie stóp – miałem wrażenie, że je odmroziłem! Bezpieczeństwo przede wszystkim!


Po zjeździe do Liptowskiej Mary, w głowie zrodził się szalony pomysł: a może całą resztę trasy przejadę w jeden dzień? Wiedziałem, że przede mną ostatni, konkretny podjazd, by znowu przekroczyć Tatry. No i trafiło! Mniej więcej na 160. kilometrze (całej trasy), za Benšovem, zaczął się najtrudniejszy odcinek: 10-12 km podjazdu, miejscami do 25 stopni nachylenia! Na tym odcinku było już jasne, że moja nizinna kaseta (11-25) to za mało. Niektóre fragmenty musiałem pokonać na piechotę, prowadząc rower.
Na dokładkę: guma w przednim kole! Moje łyżki okazały się za miękkie. Na szczęście, jak to bywa w kolarskim świecie, solidarność nie zawiodła! Grupa chłopaków z Wrocławia zatrzymała się, pożyczyła lepsze łyżki i pomogła mi zmienić oponę. Wdzięczność! A potem, do końca dnia, mijaliśmy się na trasie, pozdrawiając – fajny akcent!

Zasłużony Odpoczynek i Powrót do Polski
Po tym morderczym podjeździe i „kapciu” zatrzymałem się w knajpce. Uzupełniłem siły moją ulubioną Kofolą „z kija” i ruszyłem na Chochołów. Niespodzianka? Kilka kilometrów za Zubercem kolejny podjazd. Krótszy, ale wciąż czuć go w nogach. Na szczęście, po przekroczeniu polsko-słowackiej granicy, trasa robi się już łagodniejsza. To praktycznie sam zjazd, idealny do swobodnego kręcenia i cieszenia się ostatnimi kilometrami.

Podsumowanie: Tatrzańska Pętla – Moje Wnioski i Rady
Finalnie, drugiego dnia przejechałem około 140 km, zamykając całą pętlę! Gdybym nie zboczył z trasy pierwszego dnia (te 30 km extra), dotarłbym do Szczyrbskiego Jeziora i drugi dzień byłby znacznie krótszy.
Czy trasa jest do zrobienia na szosówce? Absolutnie TAK, w dwa dni! Czekają na Was dwa konkretne, strome podjazdy, trzy długie, ale bardziej mozolne, oraz kilkanaście kilometrów szybkich zjazdów. Jeśli nie lubisz prędkości, to przygotuj się na to, że tu jej nie unikniesz.
Najpiękniej? Zdecydowanie odcinek Velo Dunajec i dalej od Niedzicy w kierunku Słowacji. Widoki są tam po prostu obłędne! Najmniej przyjemnie jechało się po słowackiej stronie, gdzie trasa często prowadzi ruchliwymi drogami publicznymi. Choć kierowcy są super wyrozumiali i mijają rowerzystów z dużym zapasem, hałas samochodów i motocykli trochę odbiera urok.
Co bym zmienił? Odwróciłbym kierunek jazdy! Wtedy Tatry miałbym ciągle przed sobą, a nie z boku czy za sobą, co byłoby dużo bardziej spektakularne.
Nocleg? Na luzie, w okolicach Szczyrbskiego Jeziora, to idealny punkt na półmetek. Bagaż? Nie musisz targać ton jedzenia i picia. Na trasie jest mnóstwo miejscowości, gdzie uzupełnisz zapasy. Sprzęt? To klucz! Hamulce muszą być top! A moja kaseta 11-25 na tylnej przerzutce to był błąd. Zdecydowanie za twarde przełożenia na takie podjazdy. Następnym razem zmieniam to na coś bardziej „górskiego”!
Mimo tych lekcji, objechanie Tatr na szosie to była genialna przygoda. Gorąco polecam każdemu, kto szuka asfaltowych wyzwań i epickich widoków!
